Ostatni Roddick

« powrót | Data publikacji: 28-11-2012 21:30

Wielu go kochało i wielu kocha nadal. Osoby nieprzepadające za jego stylem gry, uwielbiały przysłuchiwać się konferencjom prasowym, w których uczestniczył. Za kilka dni być może po raz ostatni przyjdzie nam oglądać dobrze dysponowanego Andy’ego Roddicka rywalizującego z tenisową czołówką.

 

Chimeryczny 2012


Początek zakończonego niedawno sezonu, ostatni Amerykanin, który wygrał turniej Wielkiego Szlema, rozpoczął pechowo. Kłopoty zdrowotne, towarzyszące od pewnego czasu charyzmatycznemu graczowi z Teksasu, dały o sobie znać już w trakcie Australian Open. Na Antypodach doszło do klasycznego starcia dawnych, niedoścignionych czempionów, czyli pary Roddick-Hewitt. Spotkanie, które okazało się ostatnim oficjalnym pojedynkiem ambitnego Amerykanina z walecznym Australijczykiem, zakończyło się kreczem tego pierwszego z powodu nadciągnięcia stawu udowego przy rezultacie 6-3  3-6  4-6. Ustawiło to ostateczny wynik ich rywalizacji na siedem zwycięstw po każdej ze stron. Co ciekawe, obaj panowie nigdy nie spotkali się w finale żadnego turnieju, czy to wielkoszlemowego, czy najniższej rangi ATP.


Następnie Amerykanin zanotował niezłe ćwierćfinałowe występy w San José i Delray Beach. W Indian Wells po ciekawej konfrontacji pokonał w drugiej rundzie konsekwentnie chodzącego do siatki Łukasza Kubota, by w trzeciej ulec Tomasowi Berdychowi. Jeszcze ciekawszy pojedynek miał miejsce na turnieju w Miami, gdzie popularny A-Rood oficjalnie po raz trzeci w karierze sprostał swojej „tenisowej zmorze”, Rogerowi Federerowi (warto wspomnieć, że było to już drugie zwycięstwo Roddicka nad Federerem w 2012 roku – pierwszy raz dokonał tego w pokazowym meczu w Madison Square Garden przed nowojorską publicznością). Pojedynek okazał się epickim spektaklem, którego finał zamknął się wynikiem 7-6  1-6  6-4. Po spotkaniu Federer przyznał, że czuł iż grał przeciw jednemu z najlepszych odsłon amerykańskiego tytana i czołowym tenisistą z touru. Fala euforii nie poniosła byłego lidera rankingu zbyt daleko, gdyż następny rywal, Juan Monaco zamknął mu drogę do trzeciego ćwierćfinału w sezonie.

 

Raz wzlot, raz upadek


Po dolegliwościach z udem, pojawiły się problemy z biodrem u słynącego z niepowtarzalnego stylowo serwisu Roddicka. To wykluczyło go ze zmagań na półtora miesiąca. Po powrocie „do żywych” urodzony w Omaha gracz doznał bolesnej serii pięciu kolejnych porażek z rzędu (min.: pierwsza runda Roland Garrosa z Nicolasem Mahutem), co w sumie składa się na jego najgorszą karierową passę.


Ku pokrzepieniu wielkiego, okrytego koszulką Lacoste serca przyszedł trawiasty turniej Eastbourne, poprzedzający jedne z jego ulubionych zawodów – zmagania na kortach Wimbledonu. W Eastbourne podopieczny Larry’ego Stefanki nie dał szans takim graczom jak Darcis, Fognini, Querrey czy Seppi i w ładnym stylu sięgnął po puchar turnieju, w którym wziął udział pierwszy raz po 10-letniej przerwie.


Na trawiastych kortach All England Lawn Tennis and Croquet 30-letni Roddick zaprezentował dobrą grę i wolę walki. W spotkaniu przeciwko piątej „rakiecie” świata, Davidowi Ferrerowi, dał z siebie wiele, stawiając bardzo silny opór, co mimo wszystko nie wystarczyło do tego, by znaleźć się w rundzie czwartej.


Atlanta przyniosła mu drugi sezonowy skalp. W finale, po niełatwym meczu, pokonał dobrze dysponowanego Luksemburczyka Gillesa Müllera. Igrzyska Olimpijskie minęły dla niego bez większego echa. Porażka z Djokovicem była dobitna, na osłodę pozostało mu jedynie wygranie punktu w najdłuższej wymianie meczu.

 

Szczerość, wzruszenie i szacunek


„Zakończenie kariery po wielkoszlemowym US Open zapowiedział amerykański tenisista, były lider światowego rankingu i triumfator tej imprezy Andy Roddick” – wiadomość dobiegająca z kuchennego radia wybudziła mnie z rannego letargu i wprawiła w przygnębienie. Dzień wcześniej, rozmawiając z przyjacielem zgodziliśmy się, że bez sklasyfikowanego na 21. lokacie w rankingu indywidualisty w czapce z krokodylem, tour straciłby dużo ze swojego blasku, nietuzinkowości i barwności.


Następujące po sobie spotkania teksańskiego tytana tenisowej pracy oglądałem z dużą nutą melancholii, wspomnień, ale i uśmiechu. Andy grał naprawdę dobry, przemyślany tenis, a wszystkie medialne wypowiedzi okraszał typową dla siebie mieszaniną elokwencji i poczucia humoru z domieszką ciepła i serdeczności skierowanej ku fanom. Nie musiał wspominać później tego, że chłonął każdą minutę przebywania na nowojorskich kortach. Wszystko było widoczne w jego postawie, błysku w oku i zaangażowaniu.


Mecz przeciwko Del Potro przypomniał mi ten rozegrany na Wimbledonie z Ferrerem. Mało brakowało, by mierzący 188cm, potężnie zbudowany Amerykanin pokonał Argentyńczyka w drugim secie. Stało się inaczej. Wygranie swojego ostatniego gema serwisowego, broniąc piłki meczowej i powstrzymując napływające do oczu łzy, były wielkim pokazem determinacji i waleczności Roddicka. „Myślałem o spotkaniach, które rozgrywałem jako 12- letni dzieciak, o mamie, która podwoziła mnie za każdym razem na treningi. Do głowy przychodzi wtedy milion rzeczy. Nagle zdajesz sobie sprawę, że rozgrywasz punkt przeciwko jednemu z najlepszych tenisistów na świecie. To był zdecydowanie bogaty bagaż odczuć na samym końcu drogi” – mówił.


Gdy zamyka się szczęśliwy etap swojego życia, z reguły pojawiają się pozytywne refleksje, a w niepamięć puszcza się drobne utarczki i nieporozumienia. Nie inaczej było w przypadku Amerykanina, który zwierzył się dziennikarzom. „Teraz patrzę z rozczuleniem na wszystkie nieprzyjemności, które mnie tu spotkały. Mam nadzieję, że wy również. Z pewnością było dużo dobrych momentów, sporo momentów śmiesznych, zdarzały się też paskudne, ale nigdy nie było nudno” – skwitował.


Odejście Andy’ego Roddicka zamyka pewien etap w tenisie i jest kolejnym zwiastunem zmiany pokoleniowej, która dokonuje się w tym sporcie. Roddick jako jedyny „nie-olbrzym” ze światowej czołówki obdarzony był przepotężnym serwisem wynikającym z naturalnego talentu, szybkości, siły nóg i precyzyjnego minimalizmu w przyruchach (Larry Stefanki nazywał go pieszczotliwie karabinem maszynowym). Gra Teksańczyka odznacza się także mniejszą szablonowością w stosunku do wielu przedstawicieli młodszych, tenisowych generacji.


Obok Roddicka, tylko czarujący sympatyków białego sportu Federer tak wiele lat utrzymuje się w czołowej „dziesiątce” rankingu. Szwajcar komentując decyzję swojego rywala i kolegi o pożegnaniu z tourem, nie krył uznania i szacunku dla jego osoby. „Smutek. To poczułem gdy Andy powiedział mi o swojej decyzji. On także zasłużył na zwycięstwo po naszym finałowym pojedynku w 2009 roku w Wimbledonie. W mojej opinii jest mistrzem Wimbledonu, wspaniałym ambasadorem tenisa. Jestem mu wdzięczny za wszystko czego dokonał dla tego sportu w Ameryce. To nie było łatwe zważywszy na jego poprzedników: Andre Agassiego, Pete’a Samprasa, Jima Couriera, Michaela Changa, Jimiego Connorsa czy Johna McEnroe, ale jestem pewien, że Andy dał z siebie wszystko. Tego zawsze możecie się po nim spodziewać”.

 

„Na małym levelu”


Ostatni Amerykański triumfator wielkoszlemowego turnieju powrócił na kort po 10 -tygodniowej nieobecności i odejściu na sportową emeryturę przy okazji charytatywnej imprezy „Tennis Smash Hits” organizowanej w Pittsburgu przez Eltona Johna i Billy Jean King, podczas której miał okazję zmierzyć się ze swoim rodakiem, Andre Agassim.


Kolejną szansę na podniesienie rakiety dał Roddickowi Kanadyjczyk Milos Raonic. Panowie zmierzyli się 16 października w Toronto. Charyzmatyczny tenisista z Austin żartował przy okazji ze swojej obecnej kondycji. „Jaką mam teraz sylwetkę? Bardzo zaokrągloną. Miałem dokładnie sprecyzowany plan emerytury, i odczuwam każdy jego aspekt: golfa, smażonego i otłuszczającego jedzenia, okazjonalnej popijawki, i jestem całkowicie zaangażowany w rezultat, który sobą pokazuję” – żartował.


Jak się później okazało Roddick tylko kokietował kanadyjską publiczność. Co prawda podczas spotkania żaden z jego serwisów nie przekroczył 200km/h, ale były numer 1 światowego rankingu stosował urozmaicone, dobrze mierzone podanie, po którym często chadzał do siatki. Warto wspomnieć, że z dobrym skutkiem. Ponadto Andy pokazał kilka potężnych i efektownych forehandów, skutecznych passing-szotów i owocnych robinsonad. Nie byłby też sobą, gdyby nie doprowadził kanadyjskiej publiki do spazmów śmiechu, parodiując Serenę Williams, Marię Szarapową, Novaka Djokovicia czy Rafaela Nadala. Mecz zakończył się zwycięstwem triumfatora US Open 6-4  4-6  10-7 (super tiebreak)


Ostatnią szansą na zobaczenie elokwentnego tenisisty z Austin w tym sezonie będzie pokazowy turniej na Crandon Park w Miami (30 listopada), na którym wystąpią także Andy Murray, Nicolas Almagro, John Isner, Alejandro Falla i Juan Carlos Ferrero. „To był wspaniały czas. Nigdy nie przestałem kochać tej gry i mam nadzieję, że będę mieć jeszcze okazję poodbijać piłkę na małym poziomie i zagrać z kimś takim jak Milos”.


Oglądanie Andy’ego w akcji zawsze było dla mnie wielką przyjemnością. Oby czekało na nas jeszcze niejedno spotkanie z jego udziałem.

Przemysław Staciwa

Zobacz również:
wirtualna akademia tenisowa
więcej
reklama



Sponsor portalu: FEBAR - Wynajem Namiotów imprezowych

kalendarz ATP
TERMIN
TURNIEJ
05.02-11.02

Open Sud de France

MONTPELLIER, FRANCE

05.02-11.02

ECUADOR OPEN

QUITO

05.02-12.02

Garanti Koza Sofia Open

Sofia

12.02-18.02

Argentina Open

BUENOS AIRES, ARGENTINA

więcej
wywiady
więcej
kalendarz WTA
TERMIN
TURNIEJ
12.02-18.02

Qatar Total Open 2018

Doha, Qatar

19.02-25.02

Dubai Duty Free Tennis Championships

Dubai, United Arab Emirates

19.02-25.02

Hungarian Ladies Open

Budapest, Hungary

26.02-04.03

Abierto Mexicano TELCEL presentado por HSBC

Acapulco, Mexico

więcej
partner strategiczny





Lider turystki tenisowej!
Sprawdź !

partnerzy:

© 2003 - 2013 tenisportal.com | Wszelkie prawa zastrzeżone. | Materiały na stronie są chronione prawem autorskim - kopiowanie zabronione.

X