Gabriela Załoga: świat z wysokości sędziowskiego stołka wygląda tak samo

« powrót | Data publikacji: 23-06-2013 20:15

O pracy, a także życiu codziennym sędziego tenisowego z najwyższymi uprawnieniami opowiada Gabriela Załoga - jedyna Polka, posiadająca uprawnienia do sędzowania turniejów tenisowych najwyższej rangi. Rozmowę przeprowadzono podczas kwietniowego turnieju BNP Paribas Katowice Open.

 

Marek Bro: To jak wygląda świat z wysokości sędziowskiego stołka?

 

Gabriela Załoga: Tak samo (śmiech)...

 

M.B.: Wygodne są te krzesełka?

 

G.Z.: Krzesełka jak krzesełka (śmiech). Wszędzie są jakie są i trzeba na nich wysiedzieć (śmiech).

 

M.B.: Jak długo trwał najdłuższy mecz, który Pani sędziowała?

 

G.Z.: Ponad 5 godzin. Było kilka takich pięciosetowych meczów mężczyzn...

 

M.B.: To jak się zostaje najlepszym polskim sędzią tenisowym?

 

G.Z.: Sędzią z najwyższymi uprawnieniami! Zawsze to powtarzam i podkreślam: nie najlepszym tylko z najwyższymi uprawnieniami! A jak można zostać sędzią? Są w Polsce organizowane kursy dwustopniowe, po nich praktyka na korcie, egzamin. Na początek uczymy się podstawowych przepisów. Później istnieje możliwość kursów bardziej zaawansowanych. W międzyczasie najważniejsza jest praktyka na korcie, bo tylko tak naprawdę można się tego nauczyć i poznawać realia tenisa na korcie, bo choć nie chcę powiedzieć, iż przepisy tenisa są skomplikowane, to jednak jest wiele niuansów, których funkcjonowanie można poznać tylko na korcie.

 

M.B.: Czy każdy sędzia stołkowy zaczyna karierę jako sędzia liniowy?

 

G.Z.: W Polsce na pewno tak. Ogólnie zdarzają się wyjątki, iż sędziowie zaczynają od razu jako główni, ale są to raczej sporadyczne i pojedyncze przypadki. Większość zaczyna jednak tą samą drogą na początku, co jest bez wątpienia dobre, bo to pomaga inaczej wczuć się w sędziowanie, gdy się zaczyna jako liniowy – widzi się więcej, rozumie się lepiej tę grę, gdy było się w każdym miejscu na korcie.

 

M.B.: Pani posiada najwyższą klasę sędziowską?

 

G.Z.: Nie, jeszcze jest jedna wyżej.

 

M.B.: To co jeszcze musi/może Pani zrobić, by osiągnąć „szczyt”?

 

G.Z.: Najwyższą klasę dostaje się „za zasługi” i szczerze mówiąc nawet nie wiem, co trzeba zrobić, by ją osiągnąć. Po prostu zbiera się komisja i dokonuje oceny naszej pracy, która zresztą jest obserwowana i oceniana na każdym turnieju.

 

M.B.: Kto dokonuje tej oceny? Bo jak widzimy w katowickim Spodku, niemal cała ekipa sędziowska zasiada na trybunach – z miłości do tenisa, czy to jest właśnie ten moment kiedy sędziowie będący właśnie na korcie są obserwowani i oceniani?

 

G.Z.: Różnie to wygląda. My z zasady staramy się oglądać mecze, staramy się widzieć i wiedzieć, co się dzieje, być na bieżąco. Jednak żyjemy też tym turniejem, bo jesteśmy jego częścią. Natomiast to jest także część naszej pracy, że sędziowie z wyższymi uprawnieniami oceniają tych sędziów z niższymi uprawnieniami. Dlatego często oglądamy mecze właśnie pod tym kątem, by ocenić pracę tych sędziów, żeby im tak naprawdę pomóc, uczyć się, iść dalej, rozwijać się.

 

M.B.: Jak liczne jest grono sędziowskie? Czy jest podział na sędziów WTA i ATP?

 

G.Z.: Generalnie jest tak, iż kursy sędziowskie są zarządzane przez Międzynarodową Federację Tenisa czyli ITF. I w chwili obecnej jest taki program, że sędziowie należą do trzech organizacji, które ściśle ze sobą współpracują (ITF, WTA, ATP). Natomiast są sędziowie, którzy mają kontrakty z poszczególnymi organizacjami, czyli jest grupa sędziów mających kontrakt z ITF, inna grupa z ATP i grupa sędziów z WTA, ale w praktyce to są bardzo małe, kilkuosobowe grupy, a większość z nas jestfreelancer'ami i w zasadzie pracujemy wszędzie, na wszystkich możliwych turniejach organizowanych przez wszystkie federacje, gdzie tylko jest taka potrzeba. Nie ma zatem jasnego podziału. Ja na przykład nie mam kontraktu z żadną organizacją i sędziuje mecze i turnieje wszystkich trzech federacji.

 

M.B.: A czy są jakieś preferencje czy ograniczenia dotyczące wieku, czy jakichś innych specjalnych predyspozycji, jakimi powinien charakteryzować się czy posiadać sędzia tenisowy?

 

G.Z.: Nie, w zasadzie nie ma. Każdy może zostać sędzią i nawet nie trzeba wcześniej grać w tenisa. Jeśli ktoś po prostu jest wielkim fanem tego sportu i chciałby spróbować, to też takie możliwości istnieją. Wielu sędziów nigdy nie grało w tenisa. A preferencje? Wimbledon i French Open ostatnio wprowadziło ograniczenie wieku sędziego liniowego, bodajże do wieku 70 lat. Trudno powiedzieć czym to było podyktowane, bo są sędziowie, którzy przekroczyli tę granicę, a jestem pewna, że nadal świetnie daliby sobie radę. Innych ograniczeń raczej nie ma. Sędziowie przechodzą badania wzroku, zresztą korekcja wzroku przy pomocy okularów czy soczewek też nie stanowi przeszkody.

 

M.B.: A jak Pani trafiła na sędziowski stołek? Jest Pani przecież jedną z nielicznych Polek w tym gronie i na pewno jedyną na tak wysokim szczeblu...

 

G.Z.: No na pewno jedyną z takimi uprawnieniami. A jak zaczęłam? Jak zwykle w tego typu historiach, było trochę przypadku. Mój wujek był trenerem i powiedział mi, że jest organizowany kurs sędziowski i z ciekawości bardziej niż z chęci zostania sędzią postanowiłam się zgłosić. Na pewno nigdy nie przypuszczałam, że tak to się potoczy. To była bardziej taka wakacyjna praca, no bo fajnie sobie pojechać w fajne miejsca, jak wtedy Sopot i spędzić tydzień ze znajomymi oglądając tenis. Później rozwinęło się to bardziej poważnie i tak trwa do dziś.

 

M.B.: A dziś, kiedy już nie do Sopotu, a po całym świecie jeździ Pani na turnieje, bo przecież jesteście z Tour'em właściwie przez cały sezon, macie czas, by zobaczyć coś poza kortem z wysokości stołka?

 

G.Z.: (śmiech) Myślę, że jest to indywidualna sprawa. Jeśli ktoś chce coś zobaczyć, to myślę, że znajdzie na to czas. Ja zawsze staram się, jeśli trzeba, wstać wcześnie rano, by pójść i zobaczyć miasto, w którym jesteśmy. Czasem przyjeżdżam parę dni wcześniej lub zostaję kilka dni dłużej niż trwa turniej, by skorzystać z okazji i coś zobaczyć. Ale są sędziowie, którzy nie opuszczają kortów czy hotelu i tam spędzają cały czas trwania turnieju.

 

M.B.: Jak wygląda dzień sędziego podczas turnieju?

 

G.Z.: Hmm... [śmiech]. Różnie to wygląda i oczywiście zależy od samego turnieju, od fazy turnieju, bo są dni - jak dzisiaj – kiedy zaczynamy późno i wtedy zawsze jest możliwość zrobić coś rano, a są dni takie jak dokładnie tydzień temu, kiedy siedzieliśmy tutaj od rana do nocy. Zwykle ze względów praktycznych mieszkamy w hotelach, więc rano jedziemy na korty, gdzie często mamy jakieś spotkania, czy to z sędziami liniowymi, czy to z supervisor'ami, podczas których omawiamy i dyskutujemy nad dotychczasowym przebiegiem turnieju, czy ustalamy jakieś sprawy pod kątem danego turnieju, gdyż każdy turniej ma swoją specyfikę i funkcjonuje nieco inaczej. Zwykle wieczorem dostajemy informację który mecz będziemy sędziować w dniu następnym.

 

M.B.: Kto o tym decyduje, supervisor?

 

G.Z.: Tak, supervisor. Czasem szef sędziów danego turnieju, który ściśle współpracuje z supervisorem, a wiadomo, że szef sędziów lepiej zna, zwłaszcza lokalnych sędziów. Wracając do dnia turniejowego – przychodzimy na korty zwykle kilka godzin przed meczami, albo przynajmniej godzinę przed swoim wyznaczonym meczem. Tak jest jednak ogólnie przyjęte, że nie później niż na godzinę przed meczem trzeba już być na kortach. Ale jak wspominałam staramy się spędzać więcej czasu na kortach, oglądać mecze, a przez to samemu się też uczyć, widzieć i wiedzieć co się dzieje. Bywają dni kiedy się siedzi 14 godzin na kortach, bywają i takie, że tylko 2 godziny. Także bardzo różnie te turniejowe dni wyglądają.

 

M.B.: Czy środowisko sędziowskie, to tylko grupa ludzi, którzy wykonują tę samą pracę, czy jest to towarzystwo, które się zna, wspólnie spędza czas, nie tylko na kortach, ale także poza nim, wśród których zawiązują się przyjaźnie...?

 

G.Z.: Jak najbardziej. Na pewno sędziowie z danego kraju się znają, spotykają na turniejach. To jest jednak zamknięte środowisko. Ci sędziowie, którzy podróżują na turnieje po świecie, też dobrze się znają często na nich spotykając. Śmiejemy się, że to nasza „druga rodzina”, bo częściej się niekiedy widujemy ze sobą niż z własną rodziną. Wielkanoc na przykład bardzo często spędzamy na turniejach i śmiejemy się, że to takie nasze „rodzinne” święta spędzone z „drugą rodziną”. Natomiast Ci, którzy są nowi, myślę że nie mają najmniejszych problemów z „wejściem” w środowisko i bardzo łatwo i szybko się zgrywamy i zawiązują się przyjaźnie.

 

M.B.: Pani też ma takie przyjaźnie w Tour'ze?

 

G.Z.: Owszem mam, ale nie wiem czy mogę zdradzić [śmiech]. Mam koleżankę z Portugalii, która jest moją najlepszą przyjaciółką. A tutaj na turnieju w Katowicach jest inna, z którą się śmiejemy, że jesteśmy siostrami, Chorwatka, Tamara [Vrhovec – przyp. Red.].

 

M.B.: Słyszymy podczas meczów sędziów wywołujących komendy w dwóch językach: angielskim i polskim. Czy tak jest wszędzie? Czy to obowiązek znać język kraju w którym turniej się sędziuje?

 

G.Z.: Wszędzie się to zdarza. Poza Stanami Zjednoczonymi i poza French Open, gdzie wywołuje się tylko po francusku, jest tak i w Niemczech i w Hiszpanii i w Portugalii, we Francji na turniejach poza French Open, gdzie jest tylko francuski, też mówi się w dwóch językach, także w Czechach, na Węgrzech czy w Rosji... W zasadzie wszędzie. Chodzi po prostu o to, że wynik jest dla publiczności tak naprawdę i to ona musi być poinformowana, bo zawodniczki rzadko kiedy nas słuchają, bo one wiedzą, jaki jest wynik. W zasadzie tylko w krajach anglojęzycznych, w Skandynawii i Azji jest inaczej i tam wywołuje się tylko po angielsku, a poza tymi miejscami trzeba nauczyć się sędziowania w języku używanym w miejscu rozgrywania turnieju.

 

M.B.: To chyba sędziowanie po węgiersku nie należy dla Pani do najłatwiejszych?

G.Z.: [smiech] Chyba jednak Polski jest najtrudniejszy... Przynajmniej tak mówią wszyscy znajomi [smiech].

 

M.B.: Najważniejszy mecz, jako Pani sędziowała?

 

G.Z.: Trudno powiedzieć... Ze względu na rangę chyba powinnam wymienić ćwierćfinał Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Ale były też ćwierćfinały French Open i US Open. Trudno jest wybrać taki jeden szczególny. A są też mecze, które rangą wydają się nie być tak ważne, jak na przykład mecz pierwszej rundy, ale spotykają się takie zawodniczki i przebieg meczu powoduje, że ten mecz się jakoś szczególnie pamięta.

 

M.B.: A wymarzony mecz, kort?

 

G.Z.: Nie mam chyba takiego...

 

M.B.: Nie ma takiego turnieju, kortu, meczu, czy może finału, którego sędziowanie jest jakby szczytem marzeń każdego sędziego?

 

G.Z.: Pewnie wszyscy sędziowie marzą o tym, by sędziować finał na Wimbledonie. Natomiast tak naprawdę każdy finał Wielkiego Szlema jest wielkim wydarzeniem, więc nie wiem, czy wybrałabym akurat Londyn. Ja kocham Australian Open, dlatego... może tam...

 

M.B.: Niech się zatem zdarzy.

 

G.Z.: Dziękuję. [smiech]

 

M.B.: Czy jest taki mecz, który z jakichś względów zapamiętała Pani szczególnie?

 

G.Z.: Naprawdę trudno jest powiedzieć... Sędziujemy taką ilość meczów w ciągu roku, że ciężko jest nawet zapamiętać. Ja w ogóle się śmieję, że mam kiepską pamięć do nazwisk, wyników. Schodząc z kortu już zapominam kto grał w meczu [śmiech]. Myślę nawet, że tak jet łatwiej nam pracować. Jest oczywiście wiele sytuacji które się zdarzyły, które jakoś pamiętam, ale mecze...? Chyba nie...

 

M.B.: Ostrzeżenia, dyskusje z zawodnikami, kontrowersje, dyskwalifikacje? Miała Pani takie sytuacje?

 

G.Z.: Pełno! Zdarzają się niemal codziennie! [śmiech] Mówiąc o nich zawsze przywołuję mecz podczas Australian Open z Aną Ivanovic na Hisense Arena. Przestał nam działać system challenge i trochę się posprzeczałyśmy z Aną. Ana była niezadowolona, że nie mogła skorzystać z tej opcji sprawdzenia spornej piłki, ale niewiele można było tam zrobić. Później się z tego śmiałyśmy, bo tak naprawdę głośniej było to opisane w mediach niż naprawdę się wydarzyło na korcie. To jest jedna z takich sytuacji, które pamiętam, bo to chyba był mój pierwszy Australian Open i pierwszy raz na tym korcie i to z zawodniczką z czołówki rankingu wtedy i prawie przegrała ten mecz. Koniec końców wygrała zacięte i długie spotkanie.

 

M.B.: Skoro wspomniała Pani system challenge - co Pani myśli o wprowadzeniu hawk eye na mączce?

 

G.Z.: Nie, to w ogóle nie ma sensu! Jest opcja sprawdzenia śladu i myślę, że to funkcjonuje dość dobrze.

 

M.B.: Czy sędziowie też przygotowują się pod kątem konkretnych zawodników? Wymieniają się między sobą wskazówkami na ich temat?

 

G.Z.: Właśnie dzięki temu, że oglądamy wiele meczów, wiemy, czego po zawodnikach czy zawodniczkach można się spodziewać, aczkolwiek każdy mecz jest inny, więc zawsze może się wydarzyć coś, czego się zupełnie nie spodziewamy. Natomiast oczywiście znamy zawodników i wiemy, że ten czy ów jest bardziej skłonny do tego żeby coś tam „przeskrobać” na korcie [śmiech] i po prostu trzeba się tego spodziewać, a nie być zaskoczonym, odpowiednio reagować i po prostu dalej robić swoje.

 

M.B.: Mówiliśmy o przyjaźniach między sędziami. A czy jest możliwe, dopuszczalne, by sędzia miał jakiekolwiek przyjacielskie relacje z zawodnikiem? Bo przecież z jednej strony jest oczywiste, że groziłoby to konfliktem interesów, ale z drugiej strony wydaje się wręcz nieludzkie, by spotykając się tyle razy w roku nie mieć jakiś sympatii....?

 

G.Z.: My nie spędzamy czasu z zawodnikami, bo to jest zabronione przez kodeks sędziego, by nie być posądzonym o stronniczość...

 

M.B.: Czyli, mówiąc wprost - nie może się Pani przyjaźnić z Agnieszką Radwańską?

 

G.Z.: Przede wszystkim „przyjaźń” to jest bardzo duże słowo... Dlatego raczej się nie przyjaźnimy. Natomiast oczywiście spotykamy się wielokrotnie na turniejach i możemy sobie porozmawiać, pośmiać się trochę. Ale na pewno nie ma czegoś takiego, jak chodzenie na kolacje z zawodnikami i spędzanie z nimi prywatnego czasu. To czynimy raczej w swoim, sędziowskim gronie.

 

M.B.: Czy zatem sędzia może mieć swojego ulubionego zawodnika. Ulubionego ze względu na styl gry, osobowość?

 

G.Z.: Oczywiście można powiedzieć, że podoba nam się czyjaś gra. Natomiast jesteśmy ostrożni z takimi komentarzami, bo nie chcemy być posądzeni o stronniczość.

 

M.B.: Czyli nazwiska nie usłyszymy?

 

G.Z.: Nie, nie. Ja nie mam z resztą kogoś takiego, o kim mogłabym powiedzieć, że lubię takiego czy innego zawodnika. Z resztą trzeba pamiętać, że my na to patrzymy trochę inaczej, bo to jest nasza praca i zawodnicy są jej częścią. Wszystkim im należy się szacunek, dlatego nie chcę wymienić jednego nazwiska, by nikogo nie skrzywdzić.

 

M.B.: Z innej zatem strony - czy są tacy zawodnicy, których meczów nie lubi Pani sędziować? Czy to nie ma znaczenia, kiedy na kort wychodzi Nadal, Federer, Szarapowa...

 

G.Z.: To nie powinno mieć znaczenia i staramy się, by nie miało i by coś takiego się nie wydarzyło. Natomiast zdarzają się momenty, kiedy po jakiejś, nazwijmy to spornej sytuacji w meczu turniejowym, jedziemy na następny turniej tydzień później i jest ten sam zawodnik, to często jest tak, że staramy się dać sobie odpocząć od siebie... Choćby po to, by nie zaostrzać konfliktu, jeśli wydarzyło się coś poważniejszego i po prostu uniknąć wpływu emocji na naszą pracę. Pamiętam, że po takich głośnych sytuacjach spornych, które były roztrząsane w mediach, maksymalnie dany sędzia rok nie sędziował danemu zawodnikowi. Natomiast zwykle wcześniej się wraca do rutyny, bo przecież nie oszukujmy się – to nie są żadne konflikty personalne tylko emocje, które występują w konkretnym momencie konkretnego meczu i najczęściej później już nikt o tym nie pamięta.

 

M.B.: Czyli wychodzi na kort Djokovic, Szarapowa, Williams, czy jak tutaj w Katowicach - Petra Kvitova - nie ma tremy? Oko czy głos nie zadrży?

 

G.Z.: Chyba nie można powiedzie, że nie ma tremy, bo zawsze jednak coś od nas zależy i podejmujemy ważne decyzje na korcie. Nikt z nas nie chce popełnić błędu i każdy chce wypaść jak najlepiej. Dlatego myślę, że jakiś rodzaj tremy na pewno jest. Myślę, że jakby jej nie było, to by było źle... Z resztą jestem pewna, że zawodnicy tak samo mają tremę. To nie jest tak, że przyjeżdża tutaj Petra Kvitova, wychodzi na mecz pierwszej rundy i ona nie ma tremy, bo jej się wydaje, że będzie łatwo. Tak nie ma. Bo ani my, ani zawodnicy nie wiedzą, czego się spodziewać na korcie i nawet zawodnicy którzy w zeszłym tygodniu grali przeciwko sobie i osiągnęli jakiś wynik, często w następnym tygodniu grają zupełnie inny mecz zakończony innym wynikiem. Także nie da się tego przewidzieć. Zawsze trzeba wyjść z dużą koncentracją i wykonywać swoją pracę.

 

M.B.: Co sędziuje się trudniej - singla czy debla? Mężczyzn czy kobiety?

 

G.Z.: Chyba nie można tego oceniać w kategoriach trudności. Myślę, że to jest po prostu trochę inny tenis. Wiadomo, że męski tenis jest szybszy. Ale kategoriach trudności sędziowania chyba nie ma tutaj podziału. Ja na przykład bardzo lubię sędziować debla, bo uważam, że dobre deble są interesujące, bardzo dynamiczne i można zobaczyć wiele takich zagrań technicznych, które trudno dostrzec w singlu, gdzie obecnie, jak się zdaje, jednak dominuje siła i ona jest głównym czynnikiem i kluczem sukcesu. Natomiast nie mam żadnych zdecydowanych preferencji.

 

M.B.: Skoro już o preferencjach... Jako ulubiony turniej wymieniła Pani Australian Open. A czy są turnieje, na których nie lubi Pani sędziować albo które sędziuję się trudno?

 

G.Z.: Myślę, że tak samo jak dla zawodników, tak i dla sędziów trudne potrafią być warunki klimatyczne. Byliśmy w ubiegłym roku w Malezji, gdzie było tak wilgotno i gorąco, że natychmiast po wyjściu z klimatyzowanego pomieszczenia było się kompletnie mokrym. Nie wiem jak zawodnicy mogą grać w takim upale. W tym roku w Australii graliśmy przy 45 stopniach. Mnie było ciężko i nie wyobrażam sobie, jak zawodnicy to wytrzymują, a graliśmy normalnie bez taryfy ulgowej. Podobnie bywało też na US Open, z tym, że w Australii te upały są jednak jeszcze bardziej uciążliwe, bo byliśmy w miejscu, gdzie było potwornie wilgotno, a wtedy temperaturę odczuwa się jeszcze bardziej dotkliwie. W dodatku kort odbija światło i powoduje, że nawierzchnia jest jeszcze cieplejsza. Niewątpliwie ciężko się sędziuje w takich warunkach. Ciężko się oddycha czy siedzi te pięć godzin, które potrafią trwać mecze.

 

M.B.: A jeśli chodzi o atmosferę na trybunach? Zdarzały się trudne sytuacje z kibicami?

 

G.Z.: Wiadomo, że Latynosi mają gorący temperament. We Francji można zauważyć na French Open, że oni jednak bardzo żywiołowo reagują. Ale mnie to nie przeszkadza. To jest część widowiska. Tak na prawdę ja bardzo lubię jeżeli trybuny są żywe.

 

M.B.: Ale nie miała Pani jak dotąd jakichś trudnych sytuacji z kibicami? Pamiętamy historię z ostatniego Australian Open, kiedy grupa kibiców z Polski została przez sędziego wyproszona z trybun...

 

G.Z.: ...zresztą niesłusznie i wrócili później na trybuny, bo okazało się, że wcale nie byli pod wpływem alkoholu, tylko po prostu się świetnie bawili. Ale tak jest właśnie w Australii. Jest na porządku dziennym, że kibice podczas meczu śpiewają piosenki. Zdarza się, że i o sędziach śpiewają [śmiech], co jest też śmieszne, ale ja myślę, że to jest dobre. Natomiast nie pamiętam, by mnie zdarzyły się jakieś wielkie problemy z kibicami. Ja w ogóle jestem zwolenniczką tego, żeby było więcej takiego żywiołowego dopingu kibiców w tenisie. Wiadomo, że tenis ma opinię „białego sportu”, czyli cisza grobowa, kort centralny Wimbledonu. to już w ogóle świątynia, gdzie praktycznie można tylko bić brawo. Natomiast mi się wydaje, że to jest fajne, jeżeli kibice jakoś przeżywają mecz razem z zawodnikami i mają szanse dać wyraz i upust przeżywanym emocjom. Dlatego ja bardzo lubię rozgrywki Davis Cup czy Fed Cup, gdzie atmosfera na trybunach jest zawsze fantastyczna i każdy wspiera swój kraj i swoją reprezentację.

 

M.B.L To jak Pani oceni na tym tle katowicką publiczność i cały turniej w Spodku, po raz pierwszy przecież goszczący tenis na najwyższym światowym poziomie?

 

G.Z.: Turniej wypada bardzo dobrze! Z mojej strony nie ma nic do zarzucenia! Takie są moje obserwacje. Wiadomo, że jest potrzebne doświadczenie przy organizacji tego typu imprez, niemniej jednak sytuacje, które zaskakują nawet najbardziej doświadczonych organizatorów, zdarzają się wszędzie! A szczerze mówiąc tutaj w Katowicach nie było czegoś, co okazałoby się jakimś wielkim problemem organizacyjnym. Przed rokiem byłam na turnieju w Barcelonie, który podobnie jak katowicki został zorganizowany w ciągu niespełna trzech miesięcy i mimo trudności, bardzo dobrze ten turniej wspominam. Bo jest też tak, że cokolwiek się dzieje, wszyscy musimy sobie z tym radzić. Turniej musi trwać dalej, a my mamy okazję się uczyć. A trudne sytuacje zbliżają nas do siebie i wszyscy jeszcze intensywniej i wspólnie pracują, by pomóc, aby turniej się udał i by wszystko skończyło się dobrze.

Natomiast jak chodzi o publiczność. Z tego co słyszałam, to były obawy, że publika w Spodku jest przyzwyczajona właśnie do takiego żywiołowego dopingu i kibicowania przez siatkówkę, która tutaj często gości i to jest trochę śmieszne, bo wygląda, że ludzie jakby bali się teraz na tenisie głośno dopingować, więc jest...dość cicho. [śmiech] Jak już mówiłam, ja nie mam nic przeciwko głośnemu, żywiołowemu dopingowi, oczywiście w kulturalny sposób i w odpowiednim czasie, by nie przeszkadzać zawodniczkom, między punktami, czy między gemami.

Ale nie zapominajmy, że tej rangi impreza tenisowa gości tutaj po raz pierwszy i pewnie jest tutaj to samo co z organizacją - potrzeba doświadczenia. Kibice przyjadą za rok i już będą wiedzieli jak i kiedy dopingować. Być może niezłym pomysłem jest zaangażowanie, podobnie jak to ma miejsce na meczach choćby wspomnianej siatkówki, osoby prowadzącej doping, swego rodzaju nie tyle spikera co „wodzireja”. Ale najważniejsze, by ten turniej się w Polsce zadomowił.

Generalnie jednak turniej w Katowicach jest odbierany bardzo pozytywnie, nie tylko przeze mnie, ale także przez sędziów zagranicznych, którzy tutaj są i same zawodniczki, więc miejmy nadzieję, że dobre słowo o naszym kraju pójdzie w świat.

 

M.B.: Co jest najfajniejsze w byciu sędzią tenisowym?

 

G.Z.: Dla mnie chyba podróżowanie [śmiech]. Ja lubię podróżować, odwiedzać nowe miejsca, a pewnie nie miałabym szansy zwiedzenia tylu wspaniałych miejsc, gdybym nie była sędzią.

 

M.B.: A sama grywa Pani trochę w tenisa?

 

G.Z.: Teraz już w ogóle nie. Teraz kiedy mam wolne, to zwykle robię coś innego. Wiele osób tego nie rozumie, ale to jest trochę tak jak z pracą. Jak dla kogoś praca w biurze tak samo dla nas przebywanie na korcie to rodzaj czasu w biurze. I nie oszukujmy się, że po trzydziestu paru tygodniach w roku spędzonych na kortach, potrafi być męczące i człowiek chce od tego odpocząć [śmiech].

 

Z Gabrielą Załogą rozmawiał: Marek Bro

Zobacz również:
reklama



wirtualna akademia tenisowa
więcej
reklama



Sponsor portalu: FEBAR - Wynajem Namiotów imprezowych

kalendarz ATP
TERMIN
TURNIEJ
05.02-11.02

Open Sud de France

MONTPELLIER, FRANCE

05.02-11.02

ECUADOR OPEN

QUITO

05.02-12.02

Garanti Koza Sofia Open

Sofia

12.02-18.02

Argentina Open

BUENOS AIRES, ARGENTINA

więcej
wywiady
więcej
kalendarz WTA
TERMIN
TURNIEJ
12.02-18.02

Qatar Total Open 2018

Doha, Qatar

19.02-25.02

Dubai Duty Free Tennis Championships

Dubai, United Arab Emirates

19.02-25.02

Hungarian Ladies Open

Budapest, Hungary

26.02-04.03

Abierto Mexicano TELCEL presentado por HSBC

Acapulco, Mexico

więcej
partner strategiczny





Lider turystki tenisowej!
Sprawdź !

partnerzy:

© 2003 - 2013 tenisportal.com | Wszelkie prawa zastrzeżone. | Materiały na stronie są chronione prawem autorskim - kopiowanie zabronione.

X