Felietonowo o Janowiczu

« powrót | Data publikacji: 05-11-2012 22:53

Po niewiarygodnym sukcesie, jaki w minionym tygodniu osiągnął nasz nowy „numer jeden” – Jerzy Janowicz – niedopuszczalne byłoby nie wzbogacić TenisPortalowego działu publicystycznego o tekst dotyczący 21-letniego Polaka. 

 

A skoro byłoby to niedopuszczalne, to ja - niedopuszczenia takiego nie chcąc się dopuścić – zabieram się do roboty. Najpierw krótkie podsumowanie tego, co działo się na przestrzeni kilku ostatnich dni. Janowicz, który dobrymi występami w tym roku systematycznie piął się w górę rankingowej drabinki, wypracował sobie prawo do startu w eliminacjach paryskiego mastersa. Tam (dla jednych mniej, dla innych bardziej niespodziewanie) poradził sobie z Dmitrijem Tursunowem i Florentem Serrą, co dało mu awans do zasadniczej części tej niezwykle prestiżowej francuskiej imprezy. W pierwszej rundzie swojego debiutanckiego turnieju tej rangi Janowicz wylosował solidnego rywala z Niemiec, Philippa Kohlschreibera, który w rankingu ATP zajmował dziewiętnaste miejsce.  Polak, ku wielkiej uciesze fanów nad Wisłą, odprawił rywala zza zachodniej granicy i zapewnił sobie prawo do gry ze światową „piętnastką” – Marinem Cilicem. Gdyby Jerzy wtedy odpadł, wszyscy bylibyśmy pewnie zadowoleni. Przeszedł kwalifikacje, ograł groźnego Kohlschreibera, zapewnił sobie punkty rankingowe, które pozwoliłyby mu na awans dający miano „pierwszej rakiety Polski” – Ameryka. Prawdopodobnie sam Jerzy byłby bardzo ukontentowany takim wynikiem i ani w głowie by mu się nie pojawiły myśli, że w tym turnieju można by było zrobić dużo więcej. Ale pokazał, że jednak można. Pokonał faworyzowanego Chorwata i wywalczył awans do 1/8 finału rozgrywek z serii Masters 1000! Co więcej, dzień później okazało się, że jego rywalem będzie światowa „trójka” – Andy Murray. Sama możliwość zmierzenia się z mistrzem olimpijskim i triumfatorem ostatniego US Open z pewnością przyprawiała o dreszcze (chyba nie tylko jego). Oglądanie meczu Janowicza to była czysta przyjemność. Polak walczył jak równy z równym z jednym z najlepszych tenisistów globu (patrząc z perspektywy kilku ostatnich miesięcy - może nawet z najlepszym?) i kiedy przegrywał już 5-7  3-5 wydawało się, że jego piękny paryski sen zmierza ku końcowi. Jestem przekonany, że nie tylko ja czułem się wtedy dumny. Polski reprezentant męskiego tenisa postawił wysoko poprzeczkę samemu Andy’emu Murrayowi! Nawet gdyby wtedy przegrał, to zostawiłby po sobie świetne wrażenie, a przykładowy wynik 5-7  4-6 z mistrzem olimpijskim do wstydliwych z całą pewnością by nie należał. Tyle, że okazało się, iż Jerzy nie zamierza opuszczać hali Bercy, gdyż ma jeszcze coś do powiedzenia. Polak w kapitalnym stylu odrobił straty (broniąc po drodze piłkę meczową), wypunktował brytyjskiego rywala w tie breaku i wręcz zdemolował go w partii numer trzy. Cóż więcej powiedzieć? Jerzy Janowicz w ćwierćfinale. Tam los skojarzył go z Jankiem Tipsarevicem, który słynie z inteligentnej i konsekwentnej gry. Polak nie przestraszył się uplasowanego o 60 (słownie sześćdziesiąt) lokat wyżej rywala i go najzwyczajniej w świecie ograł. Od zakończenia pierwszego seta Serb zdołał wygrać zaledwie dwa gemy, a przy wyniku 1-4 w trzecim secie po prostu poddał mecz i zszedł z kortu. Gdyby na nim został, wiele by się raczej nie zmieniło. Panowie pograliby prawdopodobnie jeszcze kilka minut, a z tarczą i tak zszedłby zapewne Jerzyk. W półfinale Janowicz musiał zmierzyć się nie tylko z Gillesem Simonem, ale także z paryską publicznością. Wygrał na obu frontach, tenisowo pokonując Simona oraz zdobywając wielkie uznanie i szacunek miejscowych kibiców. W finale trochę nie starczyło paliwa, a trochę rywal był lepszy. David Ferrer biegał, David Ferrer walczył, David Ferrer myślał, David Ferrer punktował. I choć Jurek ze stolicy Francji wyjeżdża bez tytułu mistrzowskiego, to dla kibiców w Polsce (dzięki temu tygodniowi pełnemu emocji) tym mistrzem się na swój sposób stał.


Dość już retrospekcji z Paryża, czas przyjrzeć się innym aspektom z tenisowego życia Jerzego. Po raz pierwszy zobaczyłem go na korcie w 2008 roku, kiedy pojawił się na Pekao Open. Jurek, który miał wówczas 17 lat został obdarowany tak zwaną „dziką kartą” i od razu występował w głównej części szczecińskiej imprezy. Mało znany Polak szedł jak burza i po ograniu trzech kolejnych rywali awansował do półfinału rozgrywek. Pamiętam, jakie wrażenie wywarł na mnie tamtymi występami. Był wszędzie, potrafił przebić niemal każdą piłkę, a armata w jego prawej ręce regularnie wystrzeliwała pociski lecące grubo ponad 200 km/h. Byłem wtedy przekonany, że Janowicz ten turniej wygra, jego talent na dobre eksploduje, a on błyskawicznie zagości w czołówce rankingu ATP. Na ziemię sprowadził go (oraz mnie) dopiero Florent Serra, na którym petardy Jerzyka nie robiły najmniejszego wrażenia. Francuz kilka razy odebrał mu podanie i zakończył mecz z wynikiem 6-2  6-1, co mnie wydawało się być po prostu niemożliwe.

Następne lata przyniosły trochę rozczarowań, bo Jerzyk nieco zwolnił i wydawało się, że może jednak nie spełnić pokładanej w nim nadziei. Jego występy, choć momentami solidne, nie przynosiły pożądanych efektów, a pozycja w rankingu nie poprawiała się tak, jak oczekiwali tego sympatycy tenisa nad Wisłą. Jurek kończył kolejne sezony odpowiednio na miejscach numer 335 (2008), 319 (2009), 161 (2010), 221 (2011) i wydawało się, że te lokaty nie są współmierne do poziomu jego rzeczywistego talentu. Bałem się, że taki stan rzeczy się utrzyma, a Jerzy zmarnuje olbrzymią szansę, co byłoby niepowetowaną stratą nie tylko dla niego samego, ale i dla całego polskiego sportu. Na szczęście nastąpił pewnego rodzaju przełom, a w drugiej połowie 2012 roku łodzianin zaczął notować rezultaty, jakich od dłuższego czasu od niego oczekiwaliśmy (choć może lepsze byłoby stwierdzenie, że były to rezultaty, na które mieliśmy po prostu ogromne nadzieje). Jerzy w przeciągu trzech tygodni (25.06-16.07) awansował o 49 pozycji (ze 136 na 87), po raz pierwszy w życiu zagościł w najlepszej setce światowego rankingu, a konsekwentną grą w kolejnych miesiącach wypracował sobie lokatę w siódmej dziesiątce męskiego zestawienia.

Tenis jest takim sportem, że aby zaistnieć, trzeba zagrać „turniej życia”. Nierozstawiony gracz, który niespodziewanie ogrywa kilku wyżej notowanych rywali, zalicza olbrzymi skok w rankingu i dzięki wywalczonej pozycji, do kolejnych turniejów przystępuje jako tenisista rozstawiony, co oczywiście implikuje tym, że dolosowywani są do niego przeciwnicy z teoretycznie niższej półki. Taka sytuacja spotkała między innymi Aliaksandra Dołgopołowa. Młody Ukrainiec (którego również pamiętam z regularnych przyjazdów na Pekao Open, gdzie w dodatku nie radził sobie najlepiej) swój pierwszy „turniej życia” rozegrał w Melbourne. Podczas Australian Open stał się prawdziwym objawieniem, a jego awans do ćwierćfinału imprezy był największą sensacją tamtych rozgrywek. Od tego czasu Aliaksandr na dobre zadomowił się w czołówce rankingu, zaczął notować coraz lepsze wyniki i cały czas utrzymuje się w okolicach pierwszej dwudziestki rankingu ATP. Przykładów tego typu historii było jeszcze kilka (m.in. Bernard Tomic i jego ćwierćfinał Wimbledonu 2011), a nam pozostaje wierzyć, że kolejnym, który podąży tą ścieżką będzie nasz Jerzyk.

Bardzo istotne jest to, abyśmy my, wszyscy piszący o sukcesach Janowicza, uważali na literki, które wklepujemy w nasze klawiatury. Na Jurka nie można nałożyć zbyt dużej presji (a tak to powoli zaczyna wyglądać) i trzeba pozwolić mu spokojnie przygotować się do nowego sezonu. Jak wiemy, Janowicz zostanie rozstawiony podczas Australian Open, co jeszcze tydzień temu(!) wydawałoby się nam nierealne. Polak ma olbrzymie szanse na pójście za ciosem i dalszy awans w górę zestawienia, ale należy dać mu jak najwięcej komfortu psychicznego.

W tym roku, kiedy Janowicz znów pojawił się na Pekao Szczecin Open, miałem okazję być na kilku konferencjach prasowych po meczach z jego udziałem. Wydaje mi się, że kluczowe jest to, iż udało mu się dorosnąć. Mówił bardzo sensownie, widać było, że wie, o co zamierza walczyć i jest zdeterminowany, aby ten sukces osiągnąć. Mówił o planach na końcówkę sezonu (o dziwo nie wspominał wtedy o finale paryskiego Masters 1000) i wyglądało, że zamierza na poważnie powalczyć o swoją pozycję w rankingu. Ostatni tydzień przewrócił wszystko do góry nogami, a Jerzy otworzył sobie drzwi do wielkiej przyszłości. Czy z tego skorzysta okaże się za jakiś czas. My trzymajmy kciuki i dawajmy mu tyle wsparcia, ile tylko będziemy w stanie. To nie jest już ten Jurek, który przed kilkoma laty nie potrafił znaleźć żadnego pomysłu na pokonanie Florenta Serry i urwał mu zaledwie trzy gemy. To nowy, dorosły Jerzy, który w ostatnim czasie pokazał, że może nawiązać równorzędną walkę z każdym. Kończę ten felieton, wciąż będąc pod ogromnym wrażeniem tego, co zaprezentował w minionym tygodniu i mam nadzieję, że był to pierwszy rozdział wspaniałej historii, która zaczęła się rodzić na naszych oczach w hali Bercy. Jaki będzie jej dalszy ciąg? Trzeba oddać długopis i pozwolić ją napisać samemu Jerzemu.



Maciej Żmudzki

Zobacz również:
reklama



wirtualna akademia tenisowa
więcej
reklama



Sponsor portalu: FEBAR - Wynajem Namiotów imprezowych

kalendarz ATP
TERMIN
TURNIEJ
05.02-11.02

Open Sud de France

MONTPELLIER, FRANCE

05.02-11.02

ECUADOR OPEN

QUITO

05.02-12.02

Garanti Koza Sofia Open

Sofia

12.02-18.02

Argentina Open

BUENOS AIRES, ARGENTINA

więcej
wywiady
więcej
kalendarz WTA
TERMIN
TURNIEJ
12.02-18.02

Qatar Total Open 2018

Doha, Qatar

19.02-25.02

Dubai Duty Free Tennis Championships

Dubai, United Arab Emirates

19.02-25.02

Hungarian Ladies Open

Budapest, Hungary

26.02-04.03

Abierto Mexicano TELCEL presentado por HSBC

Acapulco, Mexico

więcej
partner strategiczny





Lider turystki tenisowej!
Sprawdź !

partnerzy:

© 2003 - 2013 tenisportal.com | Wszelkie prawa zastrzeżone. | Materiały na stronie są chronione prawem autorskim - kopiowanie zabronione.

X